Ślubne zdjęcia to jedna z najbardziej wyjątkowych i pięknych pamiątek z tego jednego, jedynego dnia. W przeciwieństwie do filmu, który jak na razie oglądałam (zaledwie) kilkanaście razy, do fotografii powracam bardzo często i uśmiecham się do każdej z tych magicznych chwil (ble, ale się zrobiło słodko). Wybór fotografa to baaaaardzo ważna decyzja, co wiem tak naprawdę dopiero teraz, z perspektywy czasu. Sugerowaliśmy się pięknym portfolio i to chyba nas zgubiło. Bardzo dobrze jest skorzystać ze sprawdzonego adresu, nie tylko pod względem jakości zdjęć czy wykonywanej później fotoksiążki. Oczywiście, bardzo ważnym czynnikiem są finanse. I jak uważam, że dziesięć tysięcy złotych za zdjęcia to totalne przegięcie (przynajmniej w moim słowniku jest to kwota astronomiczna), tak z drugiej strony uważam, że nie warto oszczędzać. Jak to rozumieć? Kilku z moich znajomych rezygnowało z fotografa (bo będzie taniej) - "robimy sami", "ktoś ze znajomych zrobi kilka". Najgorsze argumenty - albo się ich w końcu w ferworze wydarzeń nie robi, albo są rozmazane, albo 3/4 z nich to portrety weselnych trunków.

Na co więc warto zwrócić uwagę przy wyborze profesjonalisty?
  • punktualność (!!!)
  • kreatywność 
  • jakość zdjęć
  • ilość zdjęć - uwierz, że sto zdjęć z własnego wesela, to wcale nie jest dużo ;-) 
  • rzetelne przestrzeganie terminu realizacji 
  • surowy materiał - warto go mieć, czasem trafisz na sentymentalne ujęcia, które z punktu widzenia fotografa są zwyczajne, nieostre lub prześwietlone.



Jeśli mamy już na swoich usługach wirtuoza aparatu fotograficznego, na którego zdjęciach wychodzimy jak laski z okładki Vogue'a, warto zadbać o odpowiednią scenerię. Dobrze jest postawić na jakieś ciekawe tło, szczególnie w przypadku, gdy nie czujecie się zbyt pewnie w roli modelki/modela - wtedy  zrobi za Was całą robotę. Przychodzę dziś z propozycją pięciu krakowskich pewniaków, które idealnie będą współgrać z Twoją białą suknią i jego garniturem.


Kazimierz  
Krakowska dzielnica, miejsce bardzo klimatyczne, ale jednocześnie niesamowicie oklepane (w sezonie na każdym kroku można spotkać młode pary). Podchodzę do niego bardzo sentymentalnie, ponieważ gości na mojej sesji (po)ślubnej. Ponadto zawsze, gdy wracamy do miasta, jest obowiązkowym punktem na mapie. Gdzie się udać? Najlepiej zacząć od jednej z ulic (np. Miodowej  czy Gazowej) i po prostu spacerować.



Kładka Ojca Bernatka 
- czyli krakowski Pont des Arts. Most z kłódkami zakochanych. To właśnie tam powiedziałam "TAK"! Podchodzę do tego miejsca z wielkim sentymentem. Wygląda magicznie zarówno w dzień jak i w nocy. Zresztą - oceńcie sami.


Kopiec Krakusa 
Mimo tego, że trzeba się trochę nagimnastykować, żeby wejść na górę (polecam pannie młodej wziąć ze sobą buty na przebranie), to widok jest naprawdę tego wart. Możecie wówczas zafundować sobie np. piękny Wawel w tle. Osobiście wybrałabym wschód lub zachód Słońca.


Miodova Restaurant, ul. Szeroka 3
Uwielbiam piękne wnętrza, a to zdecydowanie godne jest uwagi. Wszystkie detale idealnie ze sobą współgrają, a światło tworzy romantyczną atmosferę. Jeśli zdecydowalibyście się na zdjęcia właśnie w tym miejscu, to koniecznie spróbujcie ichniejszych kopytek - są absolutnie obłędne!



Cafe Kładka, ul. Mostowa 12
klimatyczna kawiarnia z pyszną kawą, którą często odwiedzaliśmy najpierw jako para, a potem narzeczeństwo. Drewniana podłoga, stare abażury czy różowa sofa to wyjątkowe elementy aranżacji, bez których to miejsce nie byłoby sobą.


To dopiero początek! W kolejnym wpisie pojawią się sprawdzone klasyki, oryginalne miejsca, ciekawe pomysły i piękna architektura!

Rok 2016 z początkowego założenia miał być niezłą rewolucją i jak na razie zgrabnie wpisuje się w kanon. Od prawie trzech miesięcy jesteśmy właścicielami pierwszego, wspólnego mieszkania, którego remont i aranżacja wnętrz przyprawiają mnie o ból głowy. Na przyszłość będę mądrzejsza - przy kolejnej przeprowadzce wynajmuję architekta, bo boję się, że moje małżeństwo może nie wytrzymać ponownego wybierania płytek do łazienki czy styropianowych listewek pod sufit. W tak zwanym między czasie - czyli między bukowym blatem a setką rodzajów gresu à la drewno - stałam się na nowo studentką pierwszego roku - ahoj, medycyno! I to fakt, który w tym roku ucieszył mnie bardziej niż jakakolwiek inna nowina. To taka trochę wisienka na torcie, creme de la creme spełnionych marzeń, ale o tym na poważnie kiedy indziej. Dokładając do tej miłej kompilacji pracę, praktyki w szpitalu i codzienne obowiązki, to właśnie życie offline zepchnęło online na drugi plan. Mimo tego, że w kalendarzu króluje jeszcze lato, dla mnie jesień zaczęła się na dobre. Przywitała mnie deszczem, grzybami, uciążliwym przeziębieniem i smakiem figi. Jeśli jeszcze nie jedliście w tym sezonie kurek, to teraz jest ich czas. Pyszne i delikatne. Polędwiczka wieprzowa to jedno z najdelikatniejszych mięs. Przygotowanie zajmuje zaledwie kilka minut, a sprawdza się zarówno w czasie codziennego obiadu z Mężem jak i wytwornej kolacji, na której gościsz teściów. Przepis poniżej!



Polędwiczki w sosie kurkowym.

Czego Ci potrzeba?
  • polędwiczka wieprzowa ok. 250 g
  • kurki ok. 200 g
  • cebula - 1 nieduża
  • czosnek - 3 ząbki
  • świeża natka pietruszki
  • orzechy włoskie - garść
  • wytrawne, białe wino
  • śmietana 30%
  • vegeta, pieprz, sól, rozmaryn, oregano

Jak to zrobić?
  1. Czosnek i cebulę kroimy w drobną kostkę. Podsmażamy na patelni. Dodajemy umyte i pokrojone kurki. Posypujemy rozmarynem i podsmażamy. Dodajemy posiekane orzechy włoskie.
  2. Po odparowaniu wody podlewamy całość białym, wytrawnym winem. Ilość zależy od Ciebie - wg. preferencji. Mój Mąż raczej stroni od tego typu alkoholu, więc zalewam całość, tak, aby przykryć zawartość patelni. Gotuję do momentu odparowania alkoholu i zalewam ponownie winem. Podgrzewamy aż do odparowania.
  3. Przyprawiamy całość oregano, vegetą, pieprzem. Zalewamy śmietaną i gotujemy aż do zgęstnienia sosu. Dodajemy posiekaną natkę pietruszki. Sos jest już gotowy.
  4. Polędwiczkę myjemy, oczyszczamy, osuszamy papierowym ręcznikiem i kroimy na niezbyt grube plasterki. Przyprawiamy odrobiną soli i pieprzem. Podsmażamy na niezbyt dużej ilości oleju, aż do złotego koloru po obu stronach. Gotowe.
  5. Polędwiczki podajemy razem z sosem.


Praktyczne informacje, które ułatwią Ci życie:
  1.  Kurki (a tak naprawdę pieprznik jadalny) to grzyby, których w lesie należy szukać przede wszystkim pod bukiem, dębem i sosną. A jak rozpoznać świeżość kupnych? Trzon jasny lub w kolorze kapelusza, delikatny, pieprzny zapach. Są to niskokaloryczne grzyby, bogate w witaminy i liczne pierwiastki, przede wszystkim miedź i cynk (pierwsze dobre dla serca i mózgu, a drugie dla cery, włosów i paznokci).
  2. Jak skutecznie umyć kurki? Wsyp grzyby do miski, posyp solą i zalej ciepłą (nie wrzątkiem) wodą. Wymieszaj. Powtórz czynność trzykrotnie - sól ściągnie ziemię i inne paprochy na grzybach.
  3.  Polędwiczka wieprzowa to bardzo delikatne mięso, które smakuje dobrze praktycznie w każdym towarzystwie. Nie wymaga dużo pracy, jednak trzeba uważać, żeby jej nie spalić ani nie wysuszyć. Złoty kolor na jednej ze stron polędwiczki mówi o tym, że jest gotowa. Przerzucamy na drugą do otrzymania takiego samego efektu.
  4. Jakie wino do polędwiczki? Wytrawne, najlepiej czerwone, ale białe również będzie pasować (np. to, które dodasz do sosu).
  5. Wersja wege z makaronem zamiast polędwiczek - równie perfekcyjna!


Jak Wam się podoba? ;-)


O tym, że emigracja nie jest dla nas, wspominałam już w poście o Lizbonie. Mówiłam też, że jest ona jednym z niewielu miejsc na świecie, w których czysto teoretycznie mogłabym mieszkać. W szeregu za nią ustawia się także holenderska stolica. Miasto zupełnie mnie porwało - mimo tego, że musiałam przezwyciężyć swoją największą fobię, czytaj: rower. Jeśli wydaje Ci się, że nie ma na świecie ludzi, którzy nie potrafią jeździć rowerem, a już na pewno nie ma takich, którzy się go boją, to witam. To straszne zwierze z dwoma pedałami, kołami i kierownicą jest moją największą traumą z dzieciństwa, przyrównywaną przez niektórych do Diabła Piszczałki albo Buki z Muminków. Możesz wyobrazić sobie małą dziewczynkę z cebulką na głowie, krwawiącym kolanem i porysowanymi przez asfalt lakierkami na nogach. W ten właśnie sposób skończyła się moja przygoda z nowiuśkim BMXem. Kolejna zaczęła się dopiero ze starym holendrem w Amsterdamie. Bo tak jak we Francji musisz spróbować bagietki, a we Włoszech pizzy, to tak w Holandii koniecznie musisz wsiąść na dwa kółka.


Czego możesz się spodziewać w Amsterdamie oprócz Dzielnicy Czerwonych Latarni i Coffee shop'ów?

Jeśli chcesz spotkać jedne z najlepiej ubranych europejek - jedź do Amsterdamu. Położyły wszystkie kobiety Europy Zachodniej na kolana! Można spotkać najnowsze trendy prosto z wybiegów, a także mnóstwo indywidualności w stylu vintage, boho, grunge i wielu innych!

Jeśli chcesz pozbyć się samochodu i przerzucić na dwa kółka - jedź do Amsterdamu. Polityka prorowerowa jest widoczna na każdym kroku i wcale nie przesadzam - w mieście jest mnóstwo dróżek rowerowych, zakazów wjazdu (za wyjątkiem rowerów, oczywiście), parkingów dla rowerów lub miejsc, gdzie możesz je wypożyczyć. Cykliści mają dużo większe prawa niż kierowcy samochodów ;-)


Jeśli chcesz zobaczyć piękną architekturę miasta z tymi wąskimi, wysokimi kamienicami - jedź do Amsterdamu. Momentami możesz poczuć się jak w Gdańsku... ;-) Całe miasto jest niesamowicie zadbane, klimatyczne i piękne. Prawdziwy raj dla miłośników zabytków, których jest ponad siedem tysięcy! Można spotkać XIII, XV czy XVII-wieczne kościoły, najstarszy ogród zoologiczny z Holandii czy dom Gildii handlu winem z 1633 roku.

Jeśli jesteś miłośnikiem muzeów, to jedź do Amsterdamu. Znajdziesz ich tam prawie czterdzieści! Oprócz klasycznych galerii, Centrum Nauki czy Zoologii, możesz też spotkać Muzeum Haszyszu, Marihuany i Konopii, Muzeum Torebek,  a nawet Łodzi Mieszkalnych. Ja wspominam szczególnie Dom Anny Frank przez niezwykłą historię tej dzielnej nastolatki, która podczas wojny przez dwa lata ukrywała się wraz z rodziną w dawnej oficynie. Wszystkie przemyślenia, uczucia i przeżycia opisywała w niezwykle wzruszający sposób  w dzienniku, z którego najważniejszym zdaniem jest: "Nadal wierzę, że ludzie są z natury dobrzy"...
 

Jeśli chcesz spędzić wolny czas na łonie natury, w otoczeniu cudownego parku - jedź do Amsterdamu. Możesz wybrać się na piknik albo pobawić z dziećmi na placu zabaw wewnątrz genialnego VondelPark, możesz pomoczyć nogi w sadzawce, pojeździć rowerem, biegać albo karmić zwierzęta. To właśnie tam spotkaliśmy też ciekawe osobowości.. ; -)




Jeśli chcesz spędzić kilka godzin w otoczeniu kwiatów - jedź do Amsterdamu. Na Bloemenmarkt (Targu Kwiatowym) można stracić rachubę czasu, biegając między cebulkami roślin, wybierając kolejne do własnego ogrodu. Przywiozłam pół kufra tulipanów dla najbliższych - widzieliście je kiedyś w wersji czarnej albo chabrowej? Są absolutnie wyjątkowe! Do innych równie popularnych targów należą Dappermarkt, gdzie większość produktów kosztuje 1 €, Waterlooplein z odzieżą używaną, Noordermarkt z holenderskimi smakami i etykietką "eko".


Jeśli chcesz mieszkać w domu na wodzie - jedź do Amsterdamu. Może chociaż popływać łódką po jednym z kanałów? Jedź do Amsterdamu. Nie ma z tym najmniejszego problemu, prócz tego, aby wybrać jeden ze stu sześćdziesięciu znajdujących się w mieście. Do normalności należy też kilkukrotne pływanie promem w ciągu dnia, jeśli akurat pracujesz w miejscu, które oddzielone jest od Twojego miejsca zamieszkania...kanałem. Na co dzień moim miejscem zamieszkania jest miasto, które ma tylko niewielki zalew nienadający się do kąpieli, więc tym bardziej urzekł mnie wszechobecny Amstel. Na airbnb.com znajdziecie mnóstwo ofert z noclegami na wodzie - od skromnych po naprawdę ekskluzywne łodzie. Zobaczcie sami:


 Jak Wam się podoba? Byliście? ; -)
Obsługiwane przez usługę Blogger.