Wczoraj ścięła mi się śmietana w sosie, dziś upiekłam zakalec. Mąż kilka dni temu kupił mi nowy mikser - spalił się dziś przy mieszaniu masy na murzynka. Podkreślę, że był to jego pierwszy występ. Jak tak dalej pójdzie to będę musiała zmienić nazwę bloga, bo zaczynam robić sporą konkurencję Chu*owej Pani Domu...

Dziś z miłości do owoców sezonowych - w tym momencie śliwek - zostawiam Was z przepisem na ultraszybkie (nie licząc pieczenia) ciasto.

Czego Ci potrzeba?
  • masło 100 g
  • mąka 2 szklanki
  • proszek do pieczenia 1 łyżka
  • olej 3 łyżki
  • kakao 4 łyżki
  • jajka 5 sztuk
  • cukier 1,5 szklanki
  • śliwki 0,5 kg



Jak to zrobić?
1. Do rondelka włóż: masło, olej, kakao, cukier, 1/3 szklanki wody. Rozpuścić, nie gotować, odstawić do wystudzenia.
2. Do masy dodawać stopniowo i mieszać żółtka, mąkę, proszek do pieczenia.
3. Białka jajek ubić na sztywną pianę i wymieszać delikatnie łyżką z wcześniej przygotowaną masą.
4. Tortownicę (średnica 24 cm) natłuszczamy masłem, posypujemy odrobinę mąką. Wykładamy ciasto, układamy na wierzchu śliwki.
5. Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 50 min.
6. Po upieczeniu można posypać ciasto cukrem pudrem, płatkami migdałowymi, polać czekoladą albo wyłożyć dodatkową porcją śliwek z wierzchu.



Idealne do popołudniowej kawy! Jak Wam się podoba?


Jesteśmy zaściankowi i prości. Jesteśmy najgorszym typem ludzi - przywiązanym do rodziny, przyjaciół i tradycji. I pomimo tego, że zobaczyliśmy życie w wielu miastach Europy, i w wielu było nawet całkiem fajnie,  to dobrze nam w tym małym, polskim mieście, gdzie nawet nie jeździ tramwaj. I mimo, że w kilku z tych światowych miejsc nasz życiowy start mógłby być o niebo łatwiejszy, to rwałabym włosy z tęsknoty za domem i chlipała w Wigilię do barszczu z torebki setki lub tysiące kilometrów od Polski. Gdyby jednak któregoś dnia mój Mąż zostawiłby mnie dla jakiejś cycatej Dżesiki, a ja pilnie chciałabym uciec od tych wszystkich miejsc, które mi Go przypominają, wybrałabym właśnie Lizbonę, z kilku prostych, poniższych powodów:

1. Ludzie - krótko mówiąc: są ekstra. Poznaliśmy grupę wspaniałych osób, które w dużej mierze wpłynęły na nasze portugalskie wspomnienia. Wbrew pozorom Portugalczycy są bardzo podobni do Polaków, a przynajmniej mają takie samo poczucie humoru i spojrzenie na życie. Są niesamowicie gościnni i przyjaźni. Jedyne, co nas dzieli to kwestia alkoholu, bo tam jest on bardzo mocny (nawet 70%), a popijanie bądź przegryzanie to faux pas ;-)


2. Brak tłumów - nie licząc tego, co działo się w tramwaju do Belem, w którym staliśmy jak sardynki w puszce przyciśnięci policzkami do szyb oraz w cukierni Pasteis de Belem. Porównując do ilości turystów w Barcelonie, w Lizbonie są wręcz pustki (oczywiście niedosłownie).

3. Ciasteczka Pasteis de Belem, o których mowa powyżej - są tak niesamowicie słodkie jak te baranki z samego cukru w wielkanocnym koszyku, ale i tak je kocham. Szczególnie w połączeniu z kawą i koniecznie na ciepło.


4. Małe piekarnie i śniadania na mieście, o których pisałam już w poprzednim poście. Pewnie gdybym tam mieszkała nie rozkoszowałabym się codziennie espresso z zalotnie odchylonym ostatnim palcem u dłoni, tylko żarła zimną parówkę w biegu, ale i tak mi się to podoba.

5. Ceny - życie nie jest wcale tak drogie jak można by wnioskować po ofertach z biur podróży. Jedyne, co tam zabija, to kwoty za paliwo, które odbiły nam się czkawką... Ponadto jeśli masz własną firmę, państwo stara się w pewien sposób wyjść Ci na przeciw i gdy akurat w tym miesiącu nie jesteś na finansowym plusie, możesz zapomnieć o wszystkich należnościach, które musisz uiszczać, gdy w takiej samej sytuacji znajdziesz się w Polsce.



Poza tym pięcioma powodami miasto jest po prostu piękne. Zresztą kto nie chciałby mieszkać w miejscu, w którym na wjeździe możesz równocześnie poczuć się jak w Rio dzięki Panu Jezusowi panującemu nad miastem i jak w San Franciso z prawie Golden Gate'm (Most 25 kwietnia)? ; -)




Byliście kiedyś w Lizbonie? Co Wam się najbardziej podobało?



Portugalia to miejsce, od którego tak naprawdę zaczął się nasz wakacyjny plan podróży. Bardzo chcieliśmy ją zobaczyć, ALE: ceny w biurach podróży skutecznie nas odstraszały, a taki kawał drogi, by zobaczyć kilka miast wydawał nam się bezsensowny. Stwierdziliśmy, że lepszym pomysłem będzie więc dorzucić kolejne punkty wyprawy i tak powstał plan Eurotripu, ale o tym będzie w innym miejscu, o którym na pewno wkrótce Was poinformuję ;-)  Poniżej 5 interesujących faktów o Portugalii:

1. Śniadanie na mieście. W miastach jest mnóstwo małych piekarni, gdzie w godzinach porannych można spotkać masę miejscowych. Wbrew pozorom dla turysty nie jest to objaw burżujstwa - za produkty w sklepie płaciliśmy około 11-13 euro, w piekarni - około 6-7 (za dwie osoby). Do tego robili bardzo dobre espresso ;-)


2. Pogoda jest nieprzewidywalna. Przykładowo: Na południu, przy wybrzeżu były niesamowite upały, w Lizbonie temperatury w nocy były w okolicach 25-30 stopni, a już w Porto chodziliśmy w długich spodniach i bluzach. W przypadku ostatniego nasz tamtejszy host porównywał je do kobiety - potrafi być miła i łagodna, by zaraz później strzelić focha ; - )



3. Ludzie mówią tam po rosyjsku. A przynajmniej tak wydaje się w pierwszym momencie. Jeśli myślisz, że portugalski i hiszpański, to prawie te same języki, to jesteś w błędzie. Portugalczycy i Rosjanie mają taką samą fonetykę, przez co czujesz się jak za naszą wschodnią granicą.



4. Moda na azulejos, czyli cienkie ceramiczne płytki, najczęściej kwadratowe, pokryte nieprzepuszczalnym i błyszczącym szkliwem. Piękne i bardzo charakterystyczne dla tego kraju.



5.  Kraj jest ponad trzykrotnie mniejszy od Polski i posiada niesamowicie przepiękne tereny. Żałuję, że spędziliśmy tam tylko kilka dni, ale wiem, że na pewno jeszcze tam wrócimy.



Czy odwiedziliście kiedyś ten kraj? Gdzie Wam się najbardziej podobało?
Obsługiwane przez usługę Blogger.